„Zielona Szkoła” klasy VI b

 w Ośrodku Edukacji Ekologicznej i Krajoznawstwa „SALAMANDRA”             w Myśliborzu

       Zamieszczono 10 Września 2009r.     Anna Kogut

   W dniach od 11 do 15 maja uczniowie klasy VI b byli na „ Zielonej Szkole” w Ośrodku Edukacji Ekologicznej i Krajoznawstwa „SALAMANDRA” w Myśliborzu, no bo wiadomo, jak się ma za wychowawcę panią Annę Kogut, to edukacja ekologiczna cię nie minie.

Galeria zdjęć ...

   Wyruszaliśmy w poniedziałek, padał deszcz i trochę mieliśmy wątpliwości, co będziemy robić, jak będzie lało przez tydzień. Tylko nasza pani uśmiechała się i mówiła, że bez obaw, że nawet jak będzie brzydka pogoda, to znajdzie dla nas ciekawe zajęcia, bo „Salamandra” to ośrodek edukacji na miarę Europy. Jeszcze tego nie rozumieliśmy, ale nasze wątpliwości zostały rozwiane, natychmiast po przyjeździe. Jeszcze nie zajęliśmy pokoi, a już porwano nas na pierwsze zajęcia laboratoryjne- „ Wykrywanie barwników w liściach”. Samodzielnie wyciskaliśmy chlorofil z liści bukszpanu, rozcierając go w porcelanowych miseczkach. Potem dodawaliśmy pipetami odpowiednie odczynniki, no i okazało się, że w liściach jest nie tylko zielony chlorofil, ale również żółty ksantofil i czerwony karoten- kto by przypuszczał.

Następne zajęcia to „Czerpanie papieru”. Nie dość, że dowiedzieliśmy się, dużo informacji o historii wytwarzania papieru, to jeszcze każdy zrobił sobie sam swój papier metodą czerpaną. Wytworzoną kartkę malowaliśmy, każdy na swój sposób. Po obiedzie zabrali nas do sali muzealnej, w której było pełno wypreparowanych zwierząt. Można było  przyglądnąć się, jak  z bliska wygląda żuraw, bocian czarny, czy borsuk i inne zwierzęta. Znajdowały się tam również zbiory archeologiczne z tego regionu. Pani prowadząca zajęcia zapoznała nas z walorami przyrodniczymi i historią regionu, na którym obecnie znajduje się Park Krajobrazowy Chełmy.

   Po południu zajęcia z ochrony przyrody, każdy sam musiał wyrazić swój stosunek do zagrożeń środowiska w pracy plastycznej. Byliśmy już trochę zmęczeni i refleksja nad rysunkiem dobrze nam zrobiła. Pan Kogut pomagał nam w rysunkach, a pani Kogut podsuwała pomysły.  Wieczorem grill. Piekliśmy kiełbaski tak długo, aż wszyscy się najedli do syta, a koty, które przyzwyczajone są do takiego dokarmiana, nie chciały już nawet powąchać kiełbasek.

   Pierwsza noc, nowe miejsce, co tu dużo pisać, nie spaliśmy do ...J

  W drugim dniu tematem zajęć była „Woda”. Pani poinformowała nas, że organizmy, które żyją w wodzie określają jej czystość, i że sami oznaczymy czystość Jawornika, tylko musimy sami najpierw złowić te zwierzątka. Dostaliśmy siteczka, pojemniki i wyruszyliśmy na łowy. Odezwał się w nas prawdziwy instynkt łowiecki, czesaliśmy kamienie w poszukiwaniu wypławków, cedziliśmy sitkami piasek wyławiając jętki, widelnice, chruściki, rureczniki i inne żyjątka. Następnie oglądaliśmy je pod binokularem i oznaczaliśmy według klucza. Każdy musiał wypełnić swoją kartę pracy, no i stwierdziliśmy, że z potoku który płynie przez Rezerwat Wąwóz Myśliborski można pić wodę, taka jest czysta.

Rezerwat głównie utworzono dla ochrony jedynego na Dolnym Śląsku stanowiska bardzo rzadkiej chronionej paproci, języcznika zwyczajnego, występującego na skałach zieleńcowych.

  Wyposażeni w odpowiedni sprzęt, papierki wskaźnikowe do analiz zawartości azotanów, fosforanów i pH wody, wyruszyliśmy na badania. Każdy czuł się bardzo ważny, samodzielnie musieliśmy robić pomiary i zapisywać wyniki na kartach pracy. Po zbadaniu wody w oczku wodnym przy ośrodku, w Jawornku na terenie miejscowości i jego górnym biegu u  źródeł, mieliśmy skalę porównawczą. Wniosek nasuwał się sam, czysta woda „jak w raju”. Zresztą pięknie tam było nieziemsko.   Po obiedzie zajęcia z cyklu „ Szkoła przetrwania” z panem Kogutem. Uczyliśmy się rozpalać ogień jedną zapałką, i za  pomocą krzesiwa. Poznawaliśmy pojęcie azymutu. Pani Kogut, w przeciwieństwie do nas, nie bardzo była tym zainteresowana, i jak zwykle wypatrywała w okolicy ptaszków.

A po kolacji jedni oddawali się rozrywką fizycznym na boisku, kopiąc piłkę, a ci bardziej uduchowieniu śpiewali piosenki przy akompaniamencie gitary. Pani i pan Kogut uczyli nas piosenek turystycznych i poetyckich z czasów swojej młodości. Bardzo stare, ale piękne i śpiewaliśmy ile tchu w płucach.

W drugim dniu, zmęczeni całodniowymi zajęciami, spaliśmy już jak aniołki.

   Dzień kolejny, zajęcia laboratoryjne z biologii komórki, każdy wykonywał samodzielnie preparat  ze skórki cebuli, umieszczał w roztworze soli i obserwował, jak kurczy się cytoplazma, a potem płukał preparat wodą i komórka wracała do pierwotnego stanu. Dowiedzieliśmy się, że to zjawisko plazmolizy i deplazmolizy. Wszyscy byli zafascynowani doświadczeniami, nawet skórka cebuli może być interesującym obiektem badań, pod warunkiem, że ma się taki sprzęt laboratoryjny jak w ośrodku. Pani bardzo nas chwaliła za empiryczną postawę. Teraz wiemy, że jak solimy sałatę, i robi się miękka, to z powodu plazmolizy.  Następnie zajęcia laboratoryjne z gleby, ale już w innej sali, zgłębialiśmy tajemnice powstawania i budowy gleby. Oglądaliśmy różne próbki gleby pod binokularem, kto by przypuszczał, że zwykła ”ziemia” może tak ładnie wyglądać.

  Potem zajęcia z rozpoznawania gatunków roślin w wąwozie i na okolicznych łąkach. Nawet przyjemna zabawa, tak samodzielnie dochodzić do tego, jaką roślinkę ma się przed sobą. Pani prowadząca zajęcia ciągle upominała naszą panią, żeby nam nie pomagała. A po obiedzie znów zajęcia z surwiwalu. Najbardziej podobała nam się zabawa w polowanie na borsuka. Oczywiście borsuk był sztuczny, pan Kogut zrobił go z trawy, ale dla nas był on najprawdziwszym borsukiem i wszyscy strasznie przeżywali, czy uda się go upolować, czy nie. Pani Kogut powiedziała, że nie może patrzeć, jak poluje się na zwierzątka i poszła z lornetką  do lasu.

 Po kolacji dziewczyny  męczyły pana Koguta, czy dzisiaj też będziemy śpiewać? Śpiewaliśmy i szło nam coraz lepiej, a pasjonaci „zbijanego” biegali po boisku.

 Kolejnego dnia po śniadaniu, czekały nas zajęcia laboratoryjne, pt. „ Czy wiesz, co jesz”. I znów czuliśmy się jak naukowcy, białe fartuszki, gogle chroniące oczy, bo do czynienia mieliśmy z kwasami. Wykrywaliśmy cukry w ziemniaku, chlebie. Badaliśmy zawartość tłuszczów w wiejskiej śmietanie, bo w takiej ze sklepu ciężko stwierdzić. Wykrywaliśmy białka w serze i białku jajka. Niezła zabawa, po dodaniu odpowiednich odczynników, które każdy sam musiał wkraplać, badane pokarmy przybierały odpowiednie barwy. Dowiedzieliśmy się, że są to tzw. reakcje barwne.

A po obiedzie czekała nas wycieczka z panem dyrektorem Markiem Cieślakiem. Pan Marek powiedział, że musi mam pokazać coś czego nie ma tutaj blisko i wywiózł na w inny obszar parku krajobrazowego, do „Wąwozu Siedmickiego”. „Wąwóz Siedmicki” to rezerwat skalno-florystyczny, gdzie potok Młynówka tworzy malowniczy przełom, wcinający się w skalne podłoże, odsłaniając skałki zieleńcowe, będące przykładem wulkanizmu podmorskiego. Występuje wielu rzadkich gatunków roślin chronionych oraz naturalnych zbiorowisk leśnych, jak: lasy dębowe kwasolubne, olszyny, łąki z trzęślicowe. Występuje  tu również salamandra plamista, która w płynącym potoku odbywa gody. Pan dyrektor opowiadał nam o wszystkim z taką pasją, że wszyscy słuchali, jak „opowieści niesamowitych”. Dowiedzieliśmy się wiele interesujących wiadomości, o których nie przeczytamy w podręcznikach szkolnych. Na koniec podszedł do jakiejś krzewinki i powiedział, że nas zawiezie do ośrodka dopiero, jak oznaczymy, co to za roślina. Przy pomocy przewodników, metodą prób i błędów, doszliśmy, że to wawrzynek wilczełyko. Myślę, że każdy z nas na długo zapamięta wycieczkę z panem Markiem Cieślakiem.  Czas szybko nam mijał, został ostatni dzień. Po śniadaniu wyruszyliśmy na wycieczkę na Górę Rataj, zwaną Małymi Organami Myśliborskimi. Organy to sztuczne odsłonięcie bazaltów. W nieczynnym kamieniołomie została odsłonięta środkowa część komina wulkanicznego,. Zakrzepła lawa tworzy słupy, w części środkowej słupy są prawie pionowe. Na zboczu wzgórza  zachowały się ślady wczesnośredniowiecznego grodziska i szczątki zamku z XIII w. Bardzo nam się podobał ten wulkan, ale z drugiej  strony dobrze, że wygasł 30 milionów lat temu. W otoczeniu wzgórza oznaczaliśmy rośliny charakterystyczne dla każdej warstwy lasu. Tutejsze lasy klonowo-lipowe bardzo różnią się od naszych świerkowych.

   Kiedy wróciliśmy  do ośrodka, nasz autokar już stał, znaczyło to dla nas jedno, czas pobytu w „Salamandrze” dobiega końca. Wszyscy pakowaliśmy się ze smutkiem, chciało by się jeszcze tutaj dłużej pobyć, ale czekała nas jeszcze wycieczka na Czartowską Skałę. Niektórzy byli już zmęczeni napiętym programem zajęć i marudzili, ale pani powiedziała, że skoro uważa, że w okolicy jest coś, co powinniśmy zobaczyć, to i tak nam pokaże. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zaskoczył nas widok samotnie znoszącej się, wyraźnie odróżnia się od płaskiego krajobrazu Czartowskiej Skały. Nazwa była trafiona, wyglądała, rzeczywiście jak wyjście z piekieł.  Wzniesienie od strony północnej porośnięte niewielkimi kępami drzew i krzewów. Wzgórze od 1991 roku stanowi pomnik przyrody nieożywionej  i objęte jest ochroną prawną. Pani przewodnik rozdała nam karty pracy, ale pani powiedziała, że dzisiaj mamy już wolność wyboru i pracuje kto chce. O dziwo, większość biegała z przewodnikami i oznaczała rośliny, tylko pasjonaci „szkoły przetrwania” pana Koguta budowali według instrukcji szałas, a raczej „szałasik”.

Po powrocie ostatni obiad, plecaki do bagażnika i pożegnanie. Wokół tylko można było usłyszeć rozmowy:

„ ja bym tutaj została jeszcze z tydzień, ja też, ja też...”

W drodze do domu zaglądnęliśmy jeszcze nad Zbiornik Wodny Słup, który postał w  latach 1974-1978 na miejscu  wysiedlonych i zlikwidowanych wsi Brachów i Żarek poprzez przegrodzenie koryta Nysy Szalonej. To jeden z piękniejszych zbiorników na Dolnym Śląsku, kształtem przypomina jezioro polodowcowe. Na zbiorniku można spotkać  licznie ptactwo wodne - ok. 25 gatunków, zaś w okresie przelotów jest ostają dla ok. 80 innych gatunków. Nam podczas krótkiego postoju udało się zaobserwować: perkozy dwuczube, rybitwy rzeczne, śmieszki,  Zbiornik został zgłoszony do „ostoi ptaków o randze światowej".         Opodal zbiornika mogliśmy zobaczyć  pierwszą profesjonalną, komercyjną elektrownią wiatrową na Dolnym Śląsku-ładnie się kręciła. No  czuło się, że wybudowana w odpowiednim miejscu-mocno tam wiało.

Zbliżaliśmy się do domu, Dawid wysiadł w Boguszowie, jego mama spytała naszą panią, czy nie może go częściej zabierać, bo taki spokój miała w domuJ

Przed szkołą czekali na nas rodzice.

Ta „Zielona Szkoła” była dla mnie cudownym przeżyciem, było super. Żałuję, że tak szybko się skończyła, na takie wycieczki mogłabym jeździć częściej- powiedziała jedna z uczestniczek Patrycja  Kaczmarek.

Galeria zdjęć ...